Ja krótko i zwięźle. Końcówka tego roku pomimo pewnych przeciwności układa się bardzo dobrze! Mogę z czystym sumieniem przyznać, że jestem szczęśliwy + wyleczyłem się z abstynencji emocjonalnej:)
Odczuwam całym sobą jak szczęśliwy jestem, doceniam rzeczy, z których docenianiem było gorzej i w ogóle jest wspaniale.
Liczę też, że ostatnie ogniwo zamknie ten łańcuszek szczęścia i tak zostanie na dłuuugo:)

Podsumowanie roku?

Może wypadałoby podsumować ten rok. A więc zacznę od...wydarzeń i odczuć najnowszych.
Wolne od szkoły, tak niestety odczuwam aktualne święta..Nie mam pojęcia czemu w ogóle nie odczuwam ich atmosfery. Być może to przez moje problemy z wiarą..Niby czuję, że je pożegnałem, ale może tak na prawdę one siedzą we mnie i wyżerają mnie od środka? Co do wyżerania od środka to ostatnimi czasy mógłbym powiedzieć, że jestem szczęśliwy, z powodu dobrego układania się moich relacji z Martą. Mógłbym gdybym ostatnio nie przeszedł na swego rodzaju abstynencję uczuciową(dzięki grabku za określenie tego). Niestety nie przeszedłem na nią dobrowolnie, stało się to nagle i bez zapowiedzi i od tego czasu(nawet nie wiem kiedy konkretnie) nie odczuwam nic głębszego. Czyżbym stał się jednym z elementów szarej masy, pozbawionej głębokich uczuć? Wydaje mi się to niemożliwe, ale któż to wie... Źle mi z takim stanem bezuczuciowym, bo jak ma się przejawiać mój optymizm, jeżeli nie poprzez szczęście i radość,które odczuwam? A może nie ma we mnie żadnego optymizmy, a to co wydaje mi się, że czuje jest zwykłym wmawianiem sobie pewnych rzeczy. Z kolei czy optymizm właśnie nie polega na wmawianiu sobie czegoś pozytywnego? Nie ważne... ważne jest natomiast to, że nie odczuwam uczuć, nie czuję atmosfery świąt i nie potrafię się tak na max cieszyć z mojej znajomości z Martą.. Jeśli o niej mowa to wspomnę o niej.
Marta...ah jak ja uwielbiam to imię. Lubię je jeszcze bardziej gdy przypasowuję do niego tą piękną buzię, wiecznie uśmiechniętej romantyczki. Jest to bez wątpienia wspaniała dziewczyna, z którą łączy mnie na prawdę wiele! Jest to cholernie optymistyczne i cieszę się z takiego obrotu spraw. Może to ona jest moim lekarstwem na abstynencję? Oby. Poza tym jest to osoba szczera i otwarta, nie wstydząca się wartości, którymi się kieruje. Za to właśnie jaka jest można ją pokochać. Brakuje nam wszystkim właśnie takich dziewczyn; naturalnych, rozważnych i rozsądnych. Mam nadzieję, że będę miał jak najwięcej okazji do rozwijania z nią tej znajomości.
Wracając do mnie. Tak to egoistyczne, ale jednak blog jest o mnie i wracam do mnie, chodź o Marcie mógłbym pisać, pisać i pisać...
Jeśli chodzi o mnie to poza abstynencją uczuciową, dobrze, że mam przerwę w szkole, bo ostatnie tygodnie były na prawdę ciężkie dla mnie. Nic mi się nie chciało, coraz więcej nawalałem i gdyby nie dobre zaplecze, które sobie zrobiłem będąc, że tak to ujmę "w formie" to mógłbym sobie narobić problemów. Na szczęście teraz mam czas żeby się odbudować uczuciowo oraz motywacyjnie i powrócić do szkoły. Tak więc pierwszą część pobytu w nowej szkole uznaję za zamknięty. Wynik: 3.63. C.D.N. jeszcze pięć części.
Poza szkołą, Martą i uczuciami to nic nowego się nie dzieje. Nic o czym warto by było pisać:).

Podsumowując rok:
Ogólnie przez ostatni rok wydarzyło się cholernie dużo rzeczy, ten rok w ogóle zleciał mi bardzo spokojnie, oznaczając się wieloma wydarzeniami, o których części postaram się wspomnieć.
Pierwszym znaczącym dla mnie wydarzeniem w tym roku były narodziny mojej siostry. Pierwszy raz zostałem bratem. Teraz wiem, że to wspaniały stan i jestem strasznie dumny z mojej siostrzyczki.
W dniu narodzin mojej siostry od razu po dostaniu telefony właśnie z tą wiadomością, poszedłem pić. Niestety piłem na pusty żołądek, piłem za dużo i za szybko przez co w 30 minut po telefonie byłem nieprzytomny. Niestety głupio się stało, ale na szczęście jestem ogarnięty i takie akcje mnie nie kręcą, jedna w zupełności wystarczy.
Potem rozstanie z klasą. Było smutno i źle człowiekowi, że rozstaje się z ludźmi do których się przyzwyczaił przez te trzy lata, ale cóż poradzić. Szkoda mi kontaktu z kilkoma osobami, ale trzeba żyć dalej. Ważne, że ten kontakt nie zanikł totalnie.
Następnie wakacje i wspaniały wyjazd w góry. Ludzie! Jeżeli nie kochacie gór i nigdy nie byliście na żadnym wyższym szczycie to was rozumiem, ale jeśli byliście, a nie kochacie gór to znaczy, że nie jesteście ludźmi i z tego szczytu należało skoczyć. Góry są wspaniałe, wystawiają nas na próby, ale są w stanie także podarować nam wspaniały prezent. Często będąc tu w Warszawie tęsknię za górami, za tym niesamowitym wyzwaniem. Niestety muszę czekać.
Potem nowa szkoła. Wchodząc do nowej szkoły miałem nadzieję, że znajdę jakąś regaukową ekipę, w którą się wkręcę, niestety nie było takiej, ale była dziewczyna w dredach - Dominika. Człowiek stwierdził, że warto ją poznać. Poznał. Pocałował. Pożałował. Przeprosił. Nieciekawa sytuacja, której nie udało mi się pokojowo załatwić. Cóż poradzić gdy się jest nieszczęśliwym. Uważam, że to był materiał na przyjaciółkę, nie na dziewczynę. Teraz po ptakach.
Następną dosyć istotną rzeczą jest nawiązanie współpracy z MM Impress, organizacją eventową. Zostałem ich dystrybutorem, przez co mam wstęp na wszystkie ich imprezy + zarabiam sobie na wejściówkach. Dzięki temu, że pojawiam się na ich imprezach poznałem właśnie wcześniej wspomnianą Martę!:) I tak się zamyka kółko tegorocznych wydarzeń.:) Mam nadzieję, że będę miał się gdzie wybrać na sylwestra, mam nadzieję, że z Martą.

Pozdrawiam.
Dziwnie...Na prawdę jest dziwnie. Nagle, zdałem sobie sprawę z wielu ważnych rzeczy. Nagle, wpadłem na to, że życie pędzi! Pędzi w takim stopniu, że nad nim nie nadążam. Co tu mówić o nadążaniu skoro do pewnego czasu nie miałem nawet świadomości jak bardzo życie zostawiło moje myślenie w tyle. Teraz wiem. Mam świadomość i powinienem coś z tym zrobić. Ale co? Jestem strasznie leniwy, niesystematyczny, zapominalski, to nie są atrybuty osoby ambitnej. Głupio stwierdzić nagle, że nasze życie nie podąża w żadnym dobrym kierunku, a na pewno nie w tą stronę, w którą byśmy chcieli. Głupio mieć świadomość, że się to odkryło, a nie mieć chęci ani samozaparcia żeby to zmienić. Podążam najłatwiejszą drogą. Niestety ta droga nie da mi niczego dobrego, poza kilkoma radosnymi, przemijalnymi chwilami. Powinienem się wziąć za siebie, a ja to olewam i dalej czerpię z życia pełnymi garściami. Co jeśli nagle skończy się to z czego będzie można czerpać i człowiek stanie nad przepaścią, skąd jedyną drogą będzie krok w przód? Boję się tego, ale nie wiem jak mam zmienić siebie, jakie kroki mam podjąć, żeby to się zmieniło. Stawiam sobie na pocieszenie innych, mówiąc: " oni robią jeszcze mniej, oni są jeszcze mniej ambitni". Co z tego? Co to za wykładnik? Powinienem przyjąć postawę osoby, która występuje pierwsza w kolejności i dać z siebie wszystko, a nie oglądać się na innych. To mi nie pasuje. Muszę to zmienić, ale jak?
Nagle uświadomiłem sobie, że ludzie, którzy mnie otaczają są starsi, a co za tym idzie zmienili się, a ja razem z nimi. Moi rówieśnicy robią rzeczy o jakich jeszcze rok temu by mi się nie śniło. Ja prawie robię te rzeczy, niektóre to tylko kwestia czasu, a inne to rzeczy, których nie zamierzam nigdy zrobić. Niestety boję się tego, że człowiek się zmienia i to, że teraz jestem na stanowcze NIE, nie oznacza, że tak będzie za jakiś czas. Widzę to na przykładach, przykładach własnego życia.
Rówieśnicy się starzeją, a raczej nabierają lat. Lecz nie na samych rówieśnikach opiera się świat. Jest jeszcze rodzina. Babcia ma coraz więcej lat, coraz częściej myślę o tym co będzie gdy ona odejdzie. Moja mama i Tomek też są coraz starsi. Wybiła 40. Przecież to 1/2 życia. Moja babcia ma za sobą 3/4 życia. A ja 1/5. Czemu te wszystkie wartości wydają mi się tak bliskie pełnej 1? Czemu dni tak pędzą? Czemu prześladuje mnie świadomość niepowtarzalności i przemijalności każdego dnia?
Boję się, że świat tak pędzi, boję się konsekwencji nie podjętych decyzji oraz tych podjętych błędnie przez presję czasu. Brakuje mi samodzielności? Być może.. Muszę coś zmienić, by bardziej doceniać to co mam i kalkulować jak przeznaczać swój czas. Czy nie warto pojechać w weekend do babci i przejść się z nią na spacer, o którym ona wspomina już od pół roku, a ja nie potrafię się wywiązać, zamiast iść z kumplami do pubu, napić się, pośmiać i wrócić do domu w nadziei, że rodzicielka nie poczuje alkoholu? Czy nie lepiej zamiast bezmyślnego siedzenia przed komputerem poświęcić ten czas nauce, aby następnego dnia na przerwach można było rozmawiać ze znajomymi, nie obawiając się konsekwencji nieodrobionych lekcji? Czy nie lepiej odłożyć pieniądze i kupić mamie kwiaty zamiast wydawać te same pieniądze na marihuanę? Czy nie lepiej zamiast wyjść ze znajomymi i się włóczyć, nie lepiej spędzić ten czas z siostrą, żeby móc zauważać jak się rozwija? Oczywiście, że lepiej, ale to czy to robimy czy nie zależy od indywidualnego poziomu egoizmu. Niestety to co teraz wydaje się lepsze dla nas wraz z upływem czasu straci na znaczeniu, bo zakładając sytuację, że moja babcia umiera, nie mógłbym wspominać ostatnio spędzonego z nią weekendu, ale zastanawiałbym się gdzie ja miałem głowę.
To wszystko takie dołujące. Człowiek uświadamia sobie, że to co robi do niczego go nie prowadzi.
Trzeba się wziąć za siebie. Moja wiara znów podupada, ale w bardzo specyficzny sposób. Chodzę do kościoła, szanuję Boga, modlę się. To mi pomaga. Niestety problem nieczystości nadal pozostał, nie jestem w stanie uporządkować spraw cielesnych. Niestety łatwo ulegam wszystkim namiętnością. Muszę nad tym popracować. Boże pomóż mi w tym!
Kończę pisać, wyłączam komputer i idę spędzić resztę dnia z rodziną.