Masakra. To słowo, które doskonale odzwierciedla mój stan psychiczny i mentalny. Czuję się taki wyniszczony. Taki bezużyteczny. Beznadziejny.
Wiem, że nie powinienem, nie mam zbytnich podstaw do tego. Przecież jestem raczej średniakiem; daleko mi do dna.
Analizując:
- Szkoła: Dupa, dupa, dupa. Nic mi się nie chce. A gdy już się za coś wezmę to zazwyczaj nie jestem w stanie tego ogarnąć. Nawet to co kiedyś oganiałem bez problemów bo opierało się na logicznym myśleniu - do niedawna jednym z nielicznych moich atutów - przychodzi mi z trudem i problemami. Podejrzewam jedną przyczynę, o której później.
- Ideologia, ideały: To też podupadło. Nie chce mi się pielęgnować wiary, która od zawsze była we mnie. Nie chodzi o zwątpienie w istnienie Boga. Chodzi o lenistwo, zniechęcenie. Dziś jest niedziela i zazwyczaj szedłem do kościoła na moje spotkanie z Bogiem. Zazwyczaj, bo teraz mówię: " Panie, wiem, że powinienem, ale nie pójdę. Nie pójdę bo nie mam chęci, ani sił. Za tydzień". Zdaję sobie sprawę z tego, że wizyta w bożym domu, spowiedź (taka jak ostatnio, która bardzo mi pomogła i przywróciła we mnie siły) pozwoliłyby mi wrócić do normalnego stanu wewnętrznego, ale mi się zwyczajnie nie chcę.(być może tracę wiarę w to, że by wogóle pomogło).
Moje dwie wartości, które ustawiłem na tej samej pozycji w hierarchii ostatnio się pokłóciły - są to miłość i wolność. To uszeregowanie było w pewien sposób bezmyślne, bo obie sobie zaprzeczają- miłość zobowiązuje, a to ogranicza wolność. Ciężko znaleźć kompromis. No i przez ten konflikt musiałem się rozstać z dziewczyną, która wiele dobrego przyniosła do mojego życia. Przyniosła stabilność, pocieszenie i radość. Lecz ja w imię ideału wolności postanowiłem nie stabilizować się i skakać z kwiatka na kwiatek. To na pewno nie jest dobre, tym bardziej, że kłóci się z zasadami mojej wiary. Kocham kobiety, łatwo im ulegam i jako osoba wolna daję się porwać każdej namiętności, która tworzy się między mną a jakąś dziewczyną. Jest fajnie, ale potem przychodzą wyrzuty sumienia. Niestety nie przewiduję, żeby to się zmieniło, pewnie będzie się zdarzało co jakiś czas coś takiego. Tylko ten związek był w stanie utrzymać mnie w postanowieniu czystości, bo moja partnerka, jako osoba tej samej wiary i posiadaczka silniejszej woli była w stanie zatrzymywać na pewnym stopniu wir namiętności i zapędy.. Teraz przewiduje mi się życie w rozpuście i nieczystości, z czym źle się czuję wobec Boga i swoich przyszłych partnerek. Nie chciałbym rozdać bukietu pojedynczymi kwiatami, chciałbym móc wręczyć jeden cały i obfity bukiet jednej.
Tak więc skoro już o związku to powiem kilka słów o moich odczuciach po jego rozwiązaniu. Czasem mi smutno z tęsknoty. Czasem cieszę się, że już nikt nie będzie mnie naciskał i próbował mną kierować. Czasem żałuję, że nie mogę z nią porozmawiać. Czasem cieszę się, że mogę flirtować bez obaw o to, że kogokolwiek ranię. Jestem zwyczajnie rozdarty, zbyt rozhuśtane to wszystko.
- Stan fizyczny: Czuję się przytłumiony i zmęczony od samego rana. Brudny i nieświeży tuż po prysznicu. Znudzony w trakcie najciekawszych czynności. Tu wyjaśni się przyczyna wyżej wymienionych problemów. Wydaje mi się, że to przez zbyt częste picie, a mianowicie...ponad dwa tygodnie picia dzień w dzień. Nie zauważyłem tego jak wiele tracę i jak wiele mi się przez alkohol pieprzy. Teraz przyszła pora, żeby się opamiętać i powrócić do normalności, nadganiając zaległości. Naszła mnie też w związku tym pewna refleksja, która dla większości osób byłaby pewnie śmieszna.
Doszedłem do wniosku, że alkohol- sztucznie wytwarzany specyfik, powodujący agresję, otumanienie,trudności z myśleniem, uczucie zmęczenia i uszczerbek na zdrowiu - jest narzędziem i tworem szatana. Alkohol potrafi na prawdę wiele popsuć, a na pewno nic dobrego nie stworzy. Natomiast marihuana po której człowiek czuje się odprężony, wyluzowany, łatwiej myśli i wnioskuje, która nie popchnie człowieka do zdrady, ani agresji jest tworem i darem bożym. Marihuana poza szkodliwością substancji smolistych (przy paleniu) nie ma żadnego negatywnego wpływu na organizm. Wręcz przeciwnie, marihuana zmniejsza ryzyko zachorowania między innymi na takie choroby jak rak, stwardnienie rozsiane, bezsenność. Mam na to jeszcze jeden argument. Alkohol działa zatruwając mózg, co prowadzi do jego powolnego niszczenia. Dodatkowo ścina białko. Marihuana natomiast działa pobudzając pewien receptor w mózgu, który jest pobudzany tylko przez thc(substancja znajdująca się w marihuanie). Dla mnie jest to przesłanka by wierzyć, że w naturze człowieka jest palenie dobrego ziela danego mu przez Boga.
Jedna taka mała refleksja to to, że nie przerwałbym chyba swojego maratonu picia gdybym w piątek nie zapalił marihuany i nie doszedł do wniosku, że lepiej żyć na trzeźwo.
pozdrawiam samego siebie
Hmm...wybacz, lecz chyba nie rozumiem twojego sposobu myślenia. Mam nadzieje, że nie obrazisz się, gdy nazwę cię [tu wstaw dowolne słowo uważane powszechnie za wulgarne] egoistą? Ponieważ niestety nie widzę żadnego innego określenia na opisanie twojej postawy. Zastanowiłeś się może jak czuje się teraz ta DZIEWCZYNA a nie TY SAM? Bo mam takie niejasne wrażenie, że właśnie tak to wygląda: użalasz się, (choć wydaje mi się w sumie, że nie jest to nawet dobre słowo, ale z braku czegokolwiek innego musi wystarczyć) nad sobą, ukazujesz innym postawę - męczennika, który musiał wybierać. A wyobraź sobie, że w tym nie to jest ważne. Myślę, że o wiele większa wagę ma to jak czuje się teraz ta dziewczyna. Czy zastanawiałeś się kiedyś jak ONA się teraz czuje? Jak Ty dałeś jej 'wspaniałe' uczucie a potem dla swojego własnego kaprysu, (bo tylko tak to można nazwać) Ją zostawiłeś? Zastanawiałeś się nad tym kiedyś? Jeszcze mam jedna drobna refleksję - mianowicie każdy ma świadomość, jaki jest, TY masz świadomość, jaki jesteś, więc czy musiałeś to robić tej dziewczynie? Musiałeś? Myślę, że gdybyś najpierw pomyślał a potem zrobił, ta dziewczyna nie przeżywałaby tego, co przeżyła. Musiałeś pakować się w związek, którego wiedziałeś, że i tak nie utrzymasz? Z Twoich 'rozkmin' widać, że nie zastanawiałeś się zupełnie, jakie konsekwencje może mieć takie działanie, które zrobiłeś. Nie zastanawiałeś się jak Ty byś się czuł gdyby podobna sytuacja wydarzyła się Tobie? No chyba nie. Ludzie to nie zabawki, które można wyrzucić, kiedy się nam znudzą, mamy uczucia, a także myślimy, czyli posiadamy wszystkie cechy przynależne człowiekowi. Ty jako osoba wierząca powinieneś rozumieć to bardziej. Radziłabym Ci abyś zmienił swoją postawę albo nie wychodź z konfesjonału by nie żyć w grzechy niezgodnym z twoją religią.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, z nadzieją, że zmienisz swoje postępowanie-
-Wojna.
Jak najbardziej zgadzam sie z tym co napisała w/w koleżanka...
OdpowiedzUsuńJesteś egoistą i myślisz tylko o sobie..
Czy po tym jak ją zostawiłeś pomyślałeś chociaż raz jak sie czuje ? Zapytałeś ?
Owszem można mieć w życiu jakieś cele i uparcie do nich dążyć,ale jak już się osiągnie swój cel który jest niczym diament to trzeba ten diament szlifować by był brylantem.
A ty po prostu jesteś tchórzem - odszedłeś bo było Ci tak łatwiej ? Prościej ?
To,że skaczesz z kwiatka na kwiatek nie czyni Cie macho tylko zwykłym niedojrzałym dupkiem.
Uważaj co robisz bo los lubi się mścić i pomyśl czasami o innych ...
Zycze Ci by nigdy nie spotkało Cie to co tą dziewczynę bo domyślam się jak może się czuć,a ty masz na to brzydko mówiąc wyjeba*e
Pozdrawiam - Gumisiek ...